poniedziałek, 13 marca 2017

TRYLOGIA "ALL FOR THE GAME" NORY SAKAVIC


Gdyby ktoś jeszcze kilkanaście tygodni temu spytałby mnie o ulubieńca wśród wszystkich przeczytanych trylogii, moja odpowiedź zupełnie różniłaby się od tej, której udzieliłabym obecnie. Pierwsze miejsce na moim prywatnym podium przez kilka długich lat pozostawało bezmienne, przez co nigdy nie pomyślałabym, że wystarczy tylko kilka dni, aby to zmienić. Z początku niepozorna historia, do której musiałam robić wiele podejść, zanim faktycznie udało mi się całkowicie wdrożyć w fabułę, szybko przemieniła się w opowieść od której wprost nie mogłam się oderwać. Jaki był tego skutek? Trzy części, przeczytane w zaledwie kilka dni, jedna za drugą, bez żadnej przerwy. A mowa tu o trylogii All for the game autorstwa Noory Sakavic.

Jednak zacznijmy od początku - co tak naprawdę w trawie piszczy? Historia ta opowiada nastoletnim Neilu Jostenie, którego życie nie ma wiele wspólnego z normalnością, w momencie, w którym go poznajemy. Chlopak wciąż ucieka, zmieniając nie tylko miejsca zamieszkania, ale także swoje imię. Nie może zostać w jednym mieście zbyt długo, ani nawiązywać żadnych bliższych relacji, dlatego też nie ma przy sobie nikogo bliskiego. Jakiś czas temu musiał pogodzić się ze śmiercią swojej mamy, a jego ojciec jest właśnie tą osobą, przez którą nie chce być znaleziony. Jedyną namiastką normalności w życiu Neila jest Exy - gra stworzona przez autorkę, będąca połączeniem lacrosse'a z hokejem. Podpisanie kontraktu z drużyną Uniwersytetu Palmetto State to prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką chłopak powinien zrobić. Jednak ta decyzja może zmienić jego życie na zawsze.

Kiedy zaczynałam pierwszy tom tej trylogii, a było to w zeszłe wakacje, nie miałam pojęcia, że kilka miesięcy później będzie miała ona dla mnie tak duże znaczenie. Tym bardziej, że na początku bardzo trudno było mi wgryźć się nie tylko w fabułę, ale także w język, jakim pisze autorka. Książki te można przeczytać tylko i wyłącznie w wydaniu angielskim i choć nie była to moja pierwsza powieść przeczytana w oryginale, to znalazło się w niej wiele słów, których znaczenia nie znałam. Z tego powodu bardzo często musiałam sięgać do słownika, lub czytać wybrane zdania kilkukrotnie, aby całkowicie zrozumieć ich znaczenie, co zdecydowanie wydłużało czas czytania. Do tego dochodziła również sama fabuła, która rozwijała się bardzo wolno i choć patrząc przez pryzmat całej trylogii, uważam to za rzecz pozytywną, to niestety na początku ten fakt trochę mnie męczył. Przez to, moje pierwsze podejście do tej historii skończyło się niepowodzeniem. A jednak, coś sprawiło, że nie poddałam się i próbowałam jeszcze wiele razy, aż w końcu zaczęłam zauważać, że to co dzieje się w tej książce coraz bardziej zaczyna mnie obchodzić, a między mną, a bohaterami tworzy się pewna więź. Aż w końcu ta historia wciągnęła mnie tak bardzo, że czytając ją, wszystko inne przestawało się liczyć.

All for the game okazało się być czymś zupełnie innym, niż na początku się spodziewałam. Oczywiście w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Główny bohater - nastolatek z trudnym dzieciństwem i wieloma problemami - mógłby zwiastować kolejną, do bólu powtarzalną i schematyczną książkę dla młodzieży. Ale uwierzcie mi, ta trylogia nie ma wiele wspólnego z przewidywalnością. Owszem, jest to historia przeznaczona dla młodzieży, lecz na pewno nie znajdziecie tu wszystkich typowych motywów, które przewijają się przez większość powieści skierowanych do tej grupy wiekowej. Trzeba również zaznaczyć, że Nora Sakavic poruszyła w swojej trylogii bardzo trudne problemy związane z alkoholem, narkotykami czy znęcania się, zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Dlatego też wydaje mi się, że po te książki powinna sięgać raczej starsza młodzież, ponieważ w niektórych momentach występują tu naprawdę brutalne sceny przemocy, które potrafią wywołać ciarki na całym ciele. Ja, czytając jedną z nich, miałam łzy w oczach.

Wspomniałam wcześniej, że na początku fabuła The Foxhole Court, czyli pierwszego tomu trylogii, niezbyt do mnie przemawiała. Niewiele się działo, akcja rozwijała się naprawdę wolno i trochę zajęło mi, zanim całkowicie wkręciłam się w fabułę. Jednak w pewnym momencie zupełnie przestało mi to przeszkadzać. Co więcej, mogę bez wahania przyznać, że w przypadku All For the Game jest to ogromny plus. Dzięki temu wszystkie trzy tomy łączą się w jedną, spójną całość, każdy kolejny dopełnia tę historię coraz bardziej. Takie tempo akcji powoduje, że cała ta opowieść sprawia wrażenie jak najbardziej realnej. Jestem ogromnie wdzięczna autorce, że tak świetnie rozłożyła fabułę w czasie i że nic nie dzieję się tutaj zbyt szybko. To sprawia, że czytelnik zostaje całkowicie pochłonięty przez tę historię, wciąż chcąc wiedzieć, co wydarzy się następnie. A niejednokrotnie dzieją się tutaj takie rzeczy, których wprost nie da się przewidzieć.

Sięgając po tę trylogię obawiałam się również wątku sportowego, który ma tutaj naprawdę znaczącą rolę i jest o nim mowa prawie przez cały czas. Jako osoba, do której raczej nie przemawiają wszelkie gry zespołowe, byłam wręcz przekonana, że i w tym wypadku nie będzie inaczej. A jednak. W tej kwestii również czekało na mnie bardzo miłe zaskoczenie. Jakimś sposobem, Exy okazało się być naprawdę interesującą dyscypliną, a opisy wszystkich meczów wcale nie nudziły mnie tak bardzo, jak zazwyczaj zdarza się to w przypadku wszelkich rozgrywek śledzonych w telewizji. Nadal nie mam pojęcia, jak Norze Sakavic udało się to zrobić, że nawet taki laik sportowy jakim jestem ja, nie czuł się ani trochę zagubiony czy znużony tym wątkiem.

To, jak autorka wykreowała postaci All for the game jest wręcz niesamowite. Każda z nich jest inna, każda ma swoją własną historię i swoje własne, niezastąpione miejsce w tej opowieści. Nie są to płaskie, papierowe osobowości. Wręcz przeciwnie. Nora Sakavic nakreśliła tych bohaterów w taki sposob, iż czytelnik ma wrażenie, że czyta opowieść o ludziach, którzy istnieją naprawdę i z którymi może poczuć pewną nić porozumienia. I mimo, że pojawia się tu dosyć duża ilość postaci, to czytelnik ma szansę poznać każdego z nich, ani przez chwilę nie mając wrażenie, że ktoraś z nich jest w tej historii zbędna, że zupełnie nic nie wnosi do żadnego z poruszonych wątków. Na pochwałę zasługuje również fakt, że autorka nie od razu odkrywa przed nami wszystkie karty, dotyczące nie tylko osobowości tych postaci, ale także ich życia. Nawet główny bohater skrywa przed nami wiele tajemnic, które stopniowo wychodzą na jaw przez wszystkie części tej trylogii, aż do samego końca.

All For the Game to seria, przez którą dosłownie się płynie. Historia zawarta na jej kartach niesamowicie wciąga, wywołuje milion emocji, ściska za serce i zdecydowanie zostaje z czytelnikiem na długi czas. To właśnie ona zdołała wyciągnąć mnie z ogromnego dołka czytelniczego, podczas gdy żadna inna książka nie była w stanie tego zrobić, tylko po to, by znów mnie do niego wpędzić. Zostawiła mnie z poczuciem, że już nigdy nie znajdę równie niesamowitej serii młodzieżowej. I choć z jednej strony jestem w pełni usatysfakcjonowana tym, jak Nora Sakavic zakończyła tę trylogię, to jednak nadal czuję w sobie mały niedosyt. Niedosyt spowodowany świadomością, że mogę jedynie wyobrazić sobie to, jak dalej potoczyły się losy tych wszystkich bohaterów, których tak bardzo pokochałam i którzy zdecydowanie zasłużyli na specjalne miejsce w moim sercu. Jestem pewna, że do All For the Game jeszcze powrócę. Kto wie, może nawet kilkukrotnie.

★★★★★

poniedziałek, 13 lutego 2017

niespodziewana przerwa, powrót i małe zmiany

Długo zastanawiałam się jak powinnam zacząć tego posta. Tak długa przerwa od blogowania sprawiła, że pisanie czegoś, co za kilka minut zostanie opublikowane dla innych czytelników, znowu stało się nieco trudne. Jednak właśnie teraz, wystukując kolejne zdania na klawiaturze, towarzyszy mi także niesamowita ekscytacja. Ekscytacja tym, że znów powracam do tego, co sprawia mi ogromną przyjemność; że ponownie będę mogła dzielić się z innymi moimi odczuciami na temat książek; tym, że wreszcie mogę napisać: Witajcie z powrotem!

Ale zacznijmy od początku. Wiem, że czas mojej nieobecności na blogu jest karygodnie długi i pewnie każdy, kto kiedyś zaglądał tutaj, aby przeczytać moje posty, już dawno zapomniał o jego istnieniu. Jednak w pewnym momencie zaczęłam zauważać, że pisanie nie sprawia mi już tak wielkiej radości, jak kiedyś. Tworzenie nowych postów stało się bardziej obowiązkiem, niż pasją. A przecież nie po to tu jestem. Nie jestem tutaj po to, aby dzielić się z ludźmi treścią tworzoną z przymusu. Jestem tu po to, aby pisać dla przyjemności. Dlatego w pewnym momencie doszłam do wniosku, że przerwa jest mi niezbędna, że muszę po prostu od tego odpocząć i przypomnieć sobie, że przecież jest to moje hobby. Nie spodziewałam się tylko, że potrwa to aż tak długo. Zbyt długo. Kolejne dni uciekały niemiłosiernie szybko, aż w końcu kilkutygodniowa przerwa zmieniła się w kilkumiesięczną.

W pewnym momencie wpadłam też w ogromny dołek czytelniczy, z którego przez długi czas nie mogłam się wydostać. To, oraz fakt, że rok szkolny zaczął się z ogromnym impetem sprawiło, że przez dwa, a może nawet trzy miesiące, nie udało mi się skończyć ani jednej książki. A przecież w bibliotece nadal bywałam dosyć często i nadal sięgałam po książki, które zdawały się być w sam raz dla mnie. Niestety, każdą z nich porzucałam po kilkudziesięciu stronach, główkując nad tym, jak pokonać tak ogromnego kaca czytelniczego, w jakim jeszcze nigdy się nie znalazłam. Na szczęście dałam radę wyjść z tego ogromnego dołka i od grudnia na nowo udało mi się powrócić do tak częstego czytania książek, jak wcześniej. Wtedy też pojawiła się myśl, że przyszedł już odpowiedni czas, aby powrócić do pisania. Od tej idei do faktycznych czynów minęło jeszcze kilka tygodni, ale jak to mówią: lepiej późno, niż wcale. I oto jestem z powrotem.

Przyznam, że miałam ogromne wątpliwości dotyczące tego, czy powinnam wracać po tak długiej przerwie, ale teraz, kiedy tak naprawdę uświadomiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało, jestem w stu procentach pewna, że była to znakomita decyzja. Mam nadzieję, że mimo tak długiej nieobecności, nadal będziecie chętnie odwiedzać Aleję Czytelnika, abyśmy znów mogli razem rozmawiać na temat, który tak bardzo uwielbiamy - książki. Jestem pewna, że tym razem powracam ze zdwojonymi chęciami i motywacją do prowadzenia tego bloga. Nowe posty już niedługo. Do następnego! xx

czwartek, 25 sierpnia 2016

"Cudze chwalicie, swego nie znacie", czyli o akcji #czytamcopolskie


Kiedy Isabelle z bloga HeavyBooks zaproponowała mi wzięcie udziału w akcji #czytamcopolskie, nie zastanawiałam się zbyt długo. To nie tylko świetna inicjatywa, ale również doskonały sposób, aby przekonać wielu czytelników do sięgania po książki naszych rodzimych autorów. Na czym to wszystko polega? Każdy uczestnik akcji ma za zadanie opublikować na swoim blogu post, w którym opowiada o swoim ulubionym polskim autorze – jednym, bądź kilku. To wszystko! Jeśli sami macie ochotę wziąć udział, nic straconego – zgłosić się do akcji i napisać swój post możecie do 28 sierpnia. A jak to było ze mną?

Przyznam się, że był taki okres, kiedy sama nie sięgałam po książki polskich autorów. Tak naprawdę nie potrafię znaleźć racjonalnego uzasadnienia, jednak z perspektywy czasu mogę powiedzieć tylko jedno: to był naprawdę duży błąd. Przecież w naszym kraju również powstają powieści, po które warto sięgać i które są równie dobre, jak te zagraniczne. Nawet jeśli jest jakiś polski pisarz, którego utwór nie przypadł Wam do gustu, nie zrażajcie się. Dajcie szansę innym, bo jest duża szansa, że uda Wam się znaleźć tą jedną perełkę, którą pokochacie całym sercem i dzięki niej przekonacie się do polskiej twórczości. Ja znalazłam, a mowa o Remigiuszu Mrozie i jego cudownej Ekspozycji.

Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, iż o tym autorze słyszeliście już bardzo wiele opinii, a jeszcze większe, że były to dobre słowa. I choć sama mam za sobą dopiero dwie jego książki, to bez wahania mogę powiedzieć, że te pochwały są jak najbardziej zasłużone. „Ekspozycja” to powieść tak wciągająca, że naprawdę trudno jest oderwać się od niej chociażby na krótką chwilę. Fabuła przez cały czas trzyma czytelnika w napięciu, a co najważniejsze, jest rzetelnie przemyślana. W tej książce tyle się dzieje, że nie ma mowy o nudzie. Co więcej, wykreowani bohaterowie na pewno zapadną Wam w pamięć, dzięki swoim oryginalnym charakterom, a za sprawą ich poczucia humoru, Wasza twarz na pewno nie raz się roześmieje. Mówiąc o Ekspozycji, nie można nie wspomnieć o zakończeniu. Kiedy skończyłam czytać tę książkę, nie mogłam wyjść z podziwu, gdyż nigdy nawet nie przeszłoby mi przez myśl, że autor może w taki sposób zmienić bieg tej historii. To były zaledwie dwa zdania, lecz tyle wystarczyło, abym trwała w osłupieniu przez dobre kilkanaście minut.

Dla kogo jest ta książka? Teoretycznie dla tych, którzy lubią sięgać po kryminały z domieszką powieści sensacyjnej - bo myślę, że tak właśnie można nazwać Ekspozycję. Jednak jestem pewna, że będę mówić nie tylko o tej powieści, ale również o samym Remigiuszu Mrozie każdemu, bez względu na to, po jaki gatunek sięga. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy jakiś autor zrobi na mnie naprawdę duże wrażenie, a właśnie on jest jednym z nich. 

Jak to jest w Waszym przypadku? Sięgacie po książki polskich autorów, czy raczej nie jest Wam z nimi po drodze? A może udało mi się Was choć trochę zachęcić? Piszcie! :)

czwartek, 18 sierpnia 2016

"Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić" | Samantha Shannon "Czas żniw"


Londyn, rok 2059. Miasto zupełnie różniące się od tego, które dzisiaj przyciąga tysiące turystów. Niebezpieczne dla tych, którzy uważani są za innych, złych. Dziewiętnastoletnia Paige jest jedną z nich. Codziennie okłamuje swojego ojca, który nie wie o tym, że jego córka nie jest tym, za kogo ją uważa. Dla niego jest zwykłą dziewczyną, pracującą w barze, kiedy naprawdę to śniący wędrowiec, który włamuje się do ludzkich umysłów w celu pozyskania ważnych informacji dla swojego szefa Jaxona. Nie powinna swobodnie przemierzać ulic Londynu. Nie powinna żyć. Pewnego dnia zostaje przewieziona do kolonii karnej w Oksfordzie, której istnienie jest tajemnicą od dwustu lat. Panują tam okrutne zasady, jednak jeśli Paige chce przeżyć, nie ma innego wyjścia – musi się do nich dostosować, a także zaufać komuś, kto powinien być jej wrogiem.

Był pewien okres, w którym naprawdę miałam dość dystopii. Na pewno wiele z Was było w podobnej sytuacji, kiedy przeczytało się już tak wiele książek z danego gatunku, że każda kolejna wydaje nam się coraz mniej oryginalna i coraz bardziej nużąca. Ja tak miałam, dlatego po prostu postanowiłam odpocząć od takich powieści. Wtedy wydawało mi się, że wszystkie możliwe pomysły, potrzebne do stworzenia dystopijnego świata, zostały już wykorzystane i nic więcej nie będzie w stanie mnie zaciekawić. Ostatnio postanowiłam jednak, że dam szansę kolejnej powieści z tego gatunku, tym bardziej, że Czas żniw chciałam przeczytać od wyjątkowo długiego czasu. Teraz mogę powiedzieć tylko jedno: to była naprawdę świetna decyzja, gdyż powieść stworzona przez Samanthę Shannon uświadomiła mi, że istnieją jeszcze bardzo dobre dystopie.

"Nadzieja to fundament rewolucji. Bez niej jesteśmy tylko prochem,
który czeka, aż porwie go wiatr."

Pierwsze, co przykuwa uwagę zaraz po rozpoczęciu przygody z Czasem żniw to świat wykreowany przez autorkę – złożony, skomplikowany, ale skrupulatnie przemyślany i dopracowany. Oparty na londyńskiej metropolii, która została przemieniona w miejsce niebezpieczne, pełne grozy. Jednak to nie wszystko. Samantha Shannon wprowadziła również wiele charakterystycznych pojęć i nazw, inspirując się nie tylko współczesnym językiem, ale również żargonem, typowym dla grup przestępczych, pochodzącym z dziewiętnastego wieku. To sprawia, że czytelnik, od razu rzucony na głęboką wodę, może na początku czuć się nieco zdezorientowany. Na szczęście, ogromną pomocą służy słowniczek zamieszczony z tyłu książki, dzięki któremu można stopniowo wtajemniczyć się w nową terminologię. A warto to zrobić i przetrwać te pierwsze kilkadziesiąt stron, aby potem całkowicie stać się częścią tego intrygującego świata.

Przyznam, że widząc, jak świetnie autorka zdołała wykreować tę książkową rzeczywistość, zaczęłam mieć obawy w związku z tym, czy poradzi sobie równie dobrze z bohaterami. I niestety, w tej kwestii mam trochę mieszane uczucia, bowiem wydaje mi się, że oprócz Paige i Arcturusa, którzy towarzyszą nam przez znaczną część książki, postacie są trochę kiepsko nakreślone. Owszem, pojawia się ich dosyć sporo, jednak nie wiemy o nich zbyt wiele i niestety wypadają one dosyć mdło. Można powiedzieć, że po prostu są. Wracając jednak do naszej głównej bohaterki i jej opiekuna, trzeba powiedzieć, że są to naprawdę barwne i dobrze nakreślone postacie. Szczególnie urzekła mnie ta tajemnicza aura, którą otoczony jest Arcturus oraz fakt, że przez długi czas nie można być pewnym, czy stoi po dobrej czy złej stronie. Uwielbiam bohaterów wykreowanych w ten sposób i bez wahania mogę powiedzieć, że jest on idealnym kandydatem do mojej listy faworytów.

"- Jak się czujesz? - zapytał.
- Pieprz się.
Jego oczy zapłonęły.
- Widzę, że lepiej."

Czas żniw nie jest książką, w której akcja biegnie na łeb na szyję, jednak w żadnym stopniu nie zalicza się to do jej wad. Fabuła rozwija się stopniowo, umiarkowanie, nigdy zbyt wolno ani zbyt szybko. Jednak gwarantuję Wam, że nie ma tu ani odrobiny miejsca na nudę, bo kiedy pochłonie Was świat wykreowany przez autorkę, nie będziecie chcieli oderwać się od tej historii. Ja nie mogłam i choć książka do najcieńszych nie należy, to i tak pochłonęłam ją w zastraszającym tempie. Dodatkowo, Samantha Shannon co jakiś czas umieszczała w tej historii tytuły piosenek, odtwarzanych za pomocą gramofonu, których nuty płynęły w tle, tworząc niepowtarzalną atmosferę. To są takie małe szczegóły, teoretycznie niezbyt istotne dla samej fabuły, ale osobiście je uwielbiam i z całego serca polecam Wam zapoznać się z tymi utworami właśnie podczas poznawania tej historii, gdyż stanowią one dla niej idealne dopełnienie. Na końcu książki znajduje się również lista wszystkich piosenek, które znalazły się w powieści, dzięki czemu można do nich wrócić w każdej chwili.

Zważając na to, że Czas żniw jest powieścią młodzieżową, pewnie niektórzy z Was zastanawiają się, czy został w niej zawarty wątek miłosny. I owszem, został. Jednak bez obaw, autorka przedstawiła go w subtelny sposób, dzięki czemu w żadnym stopniu nie zdominował on właściwej fabuły. Wątek ten rozwija się dosyć niewinnie, powoli i co więcej, na początku wcale nie jest aż tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Nawet wtedy, kiedy w mojej głowie pojawiła się myśl, że to może się zdarzyć, nie byłam do końca pewna, czy faktycznie tak będzie. Bowiem relacja dwójki bohaterów początkowo opiera się na wrogim nastawieniu i sarkastycznych docinkach, dzięki którym na pewno nie raz się uśmiechniecie.

Mimo, iż w Czasie żniw można znaleźć pewne niedociągnięcia, to myślę, że mogę uznać tę powieść za jedną z lepszych dystopii, jakie miałam okazję przeczytać. Jest to dopiero pierwsza część siedmiotomowej serii, a Samantha Shannon już teraz postawiła sobie bardzo wysoką poprzeczkę. W niektórych momentach aż trudno uwierzyć, że tak młoda pisarka, może pochwalić się tak dopracowanym warsztatem pisarskim. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach autorka w pełni pokaże na co ją stać, bo ta seria ma naprawdę duży potencjał. Jeśli tylko czujecie, że ta historia wpasuje się w Wasz gust czytelniczy, to z całego serca polecam Wam sięgnąć po Czas żniw.

ocena:
8/10 

autor: Samantha Shannon
tytuł: Czas żniw
cykl: Czas żniw (tom 1)
ilość stron: 520 
wydawnictwo: Sine Qua Non

Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam Young Adult

czwartek, 11 sierpnia 2016

TOP 5: Ulubione historie miłosne


Po historie miłosne nie sięgam zbyt często, jednak nie oznacza to, że ich nie lubię. Wręcz przeciwnie, od czasu do czasu przychodzi mi chęć na przeczytanie właśnie taką książkę i wtedy z przyjemnością zatapiam się w losach dwójki, którzy są sobie przeznaczeni. W tym poście chciałabym pokazać Wam pięć książek z tego gatunku, które na ten moment są moimi faworytami. Zapraszam!

5. Lato koloru wiśni Cariny Bartsch
Ta książka była dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem, oczywiście pozytywnym. Mimo, że historia głównych bohaterów w niektórych momentach była do bólu przewidywalna, a tego kluczowego zwrotu akcji domyśliłam się już po przeczytaniu opisu, to nawet nie wiecie jak świetnie czytało mi się tę książkę! W jakiś sposób powieść niemieckiej autorki tak mnie pochłonęła, że nie miałam nawet najmniejszej ochoty się od niej odrywać. Zdaję sobie sprawę, że ma ona niejedną wadę, ale ma też swoje zalety. Główni bohaterowie oraz ich sarkastyczne poczucie humoru, a także emocje, jakie towarzyszyły mi przy tej powieści wystarczyły, aby Lato koloru wiśni mogło znaleźć się w tym zestawieniu.


4. Hopeless Colleen Hoover
Takie zestawienie nie byłoby kompletne bez Colleen Hoover, nie w moim przypadku. Tę autorkę absolutnie uwielbiam! Nie da się zaprzeczyć, że właśnie ona idealnie potrafi zagrać na emocjach czytelnika. Hopeless wzrusza, bawi, trzyma w napięciu, a rozwiązanie głównej zagadki wprost wbija w fotel. Co tu więcej mówić, to przecież Colleen Hoover. Jej styl pisania jest cudowny. Historie, które tworzy, są cudowne. To jedna z tych autorek, które mogłyby napisać nawet książkę telefoniczną, a ja i tak przeczytałabym ją od deski do deski.



3. Love, Rosie Cecelii Ahern
Urocza, zabawna, wzruszająca, ale także nietypowa. A konkretniej, przedstawiona w niecodziennym stylu, bo za pomocą listów, maili, kartek urodzinowych i innych podobnych form komunikacji. Myślę, że głównie dzięki temu tak bardzo urzekła mnie ta książka. Wydaje mi się, że gdyby nie została napisana w formie epistolarnej, to nie byłoby już to samo. Oprócz tego, fakt, że bohaterowie Love, Rosie towarzyszą nam przez niesamowicie długi okres życia sprawił, iż pod koniec powieści trudno było mi się z nimi rozstać. Jednak dzięki temu, jeśli kiedyś wrócę do tej książki, a wiem, że tak będzie, to na pewno zrobię to z ogromną radością.



2. Maybe someday Colleen Hoover
Colleen Hoover oficjalnie zdominowała to zestawienie! Tym razem mowa o powieści, od której zaczęłam swoją przygodę z jej twórczością, przez co mam do niej mały sentyment. Jednak powieść ta sama w sobie jest tak cudowna, że w moim sercu od razu znalazło się dla niej specjalne miejsce. Jednym z wątków jest tutaj muzyka, czyli moja ogromna miłość, więc myślę, że to również sprawiło, iż historia Sydney i Ridge’a tak bardzo do mnie trafiła.
1. Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes
Na pierwszym miejscu znalazła się książka zupełnie inna od pozostałych. Książka, która zostawiła mnie z sercem rozsypanym na milion kawałków. Która sprawiła, że łzy płynęły po moich policzkach jak szalone. Książka, o której długo nie mogłam przestać myśleć i nawet teraz, kiedy ją wspominam, nadal trudno mi uwierzyć, że ta historia potoczyła się właśnie tak. Lecz mimo to, kocham ją całym swoim sercem i wiem, że szybko sięgnę po nią ponownie. 





A Wy lubicie takie książki i również macie swoich ulubieńców, czy raczej sięgacie po inne gatunki? Piszcie, jak prezentowałby się Wasz ranking :)

sobota, 6 sierpnia 2016

You only live... twice | John Corey Whaley "Chłopak, który stracił głowę"

 

Lekarze nie zawsze niosą pacjentom dobrą nowinę. Każdego dnia, ludzie na całym świecie słyszą diagnozy, które sprawiają, że ich świat lega w gruzach w ułamku sekundy. Człowiek czuje, jakby znajdował się w koszmarze, z którego nikt nie może go obudzić. Niedowierzanie, płacz, ciągłe pytanie samego siebie Dlaczego właśnie ja? – takie reakcje towarzyszą mu każdego dnia, aż w końcu przychodzi moment, w którym trzeba się z tym pogodzić. Kiedy sytuacja jest tak krytyczna, że chorzy wiedząc, iż nie mają już nic do stracenia, chwytają się każdej możliwości ratunku. Ten koszmar przeżywają również ich bliscy, którzy często są bezsilni, a jedyną rzeczą, którą mogą zrobić, to po prostu wspierać tę osobę w trudnych chwilach.

Dla Travisa taka sytuacja brzmi bardzo znajomo. Chłopak miał tylko szesnaście lat, kiedy dowiedział się, że cierpi na nieuleczalną chorobę, jednak w jego przypadku pojawia się pewna opcja. Musi wybrać pomiędzy śmiercią, a przeszczepem głowy do innego, zdrowego ciała. Travis nie zastanawia się długo, mimo iż na chwilę obecną medycyna nie pozwala na tak skomplikowaną operację. Z tego powodu musi zostać wprowadzony w stan hibernacji i czekać, nie wiedząc czy kiedykolwiek znów otworzy oczy. Pięć lat później Travis budzi się ze swoją głową przyszytą do nowego, wysportowanego ciała. Zdrowy, pełen sił. Gotowy na powrót do normalności, który nie będzie tak łatwy, jak mogłoby mu się wydawać, mimo iż świat dookoła nie zmienił się tak bardzo. Rówieśnicy będący na studiach, podczas gdy on musi wrócić do liceum oraz rodzice, którzy ewidentnie coś przed nim ukrywają, będą wystarczającą przeszkodą, która nie pozwoli mu odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

"Niektórzy ludzie mówią, że umieranie w samotności jest gorsze niż
sama śmierć. Może powinien spróbować samotności za życia."

Do przeczytania tej książki zachęcił mnie głównie opis, zwiastujący niecodzienną fabułę. Już kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się, o czym opowiada Chłopak, który stracił głowę, byłam pewna, że ta historia wniesie ze sobą coś nowego, dotąd niespotykanego w utworach dla młodzieży. I faktycznie tak jest, tylko czy nie wyszło to aż nazbyt abstrakcyjnie? Nie chodzi tu o samą operację przeszczepu głowy, bo wiadomo, że na razie medycyna nie jest na tyle rozwinięta, aby tak skomplikowany zabieg mógł mieć miejsce. Moją uwagę zwrócił raczej fakt, że Travis już po wyjściu ze szpitala był całkowicie sprawny fizycznie i nie wymagał żadnych rehabilitacji, a gdyby nie blizna na jego szyi, na pierwszy rzut oka nikt nie domyśliłby się, że ten szesnastolatek właśnie przeszedł tak trudną operację. I choć myślę, że autor trafnie przedstawił realia samego pobytu w szpitalu oraz zmagania się z chorobą,  to pod tym względem Chłopak, który stracił głowę zdecydowanie mógłby być bardziej dopracowany.

To nie tak, że to, co stworzył John Whaley nie przypadło mi do gustu, bo całkiem dobrze bawiłam się przy tym utworze. Jednak myślałam, że historia Travisa będzie miała nieco inny wydźwięk. Że wzbudzi we mnie wiele emocji, skłoni do pewnych przemyśleń. Że bezpowrotnie zapadnie w pamięć. Tak się jednak nie stało. Teoretycznie, skomplikowana operacja przeszczepu głowy, dała podłoże ciekawej historii opowiadającej nie tylko o powrocie nastolatka do normalnego życia, ale także o innych trudnościach, z którymi mierzą się ludzie w różnym wieku. Jednak w rzeczywistości autor przedstawił dosyć pospolite problemy, które w podobnym zestawie pojawiają się w wielu innych książkach dla młodzieży. Nie wiem, może po prostu przeczytałam już zbyt wiele powieści young adult, aby ta mogła pozostawić po sobie coś więcej, niż przyjemnie spędzone popołudnie w swoim towarzystwie.

"Ludzie nie lubią stawać twarzą w twarz z czymś, czego nie rozumieją."

Na pewno plusem  tej powieści jest fakt, że autor posługuje się bardzo prostym językiem,  który na pewno bez problemów trafi do docelowej grupy odbiorców. To, w połączeniu z niezbyt dużą objętością książki sprawia, że bez żadnych przeszkód można pochłonąć ją w jedno popołudnie, tak jak było to w moim przypadku. Nie można zaprzeczyć, że zapewnia ona przednią rozrywkę i chwilowe oderwanie od rzeczywistości. Dodatkowo jest utrzymana w żartobliwym tonie, gdyż sam główny bohater to osoba bardzo pozytywna, dlatego myślę, że zwolennicy humoru nie powinni być pod tym względem zawiedzeni.

Kolejne pytanie, jakie nasunęło mi się na myśl zaraz po skończeniu książki, to czy Travis faktycznie jest postacią, którą można polubić? Owszem, na początku darzyłam go dużą sympatią, gdyż jest on naprawdę ciepłym, uprzejmym, zabawnym chłopakiem, jednak z czasem jego zachowanie stało się dla mnie nieracjonalne i lekko irytujące. W wielu sytuacjach po prostu nie potrafiłam zrozumieć jego pomysłów, a determinacja, którą bez wątpienia cechuje się główny bohater, z czasem przerodziła się wręcz w nachalność. I choć zazwyczaj mówimy, że nie można się poddawać w dążeniu do celu, to istnieją sytuacje, w których lepiej jest odpuścić, a tego Travis zdecydowanie za długo nie potrafił zrozumieć.

Chłopak, który stracił głowę to książka, która nie do końca spełniła moje oczekiwania i która ewidentnie ma w sobie niedociągnięcia, ale koniec końców spędziłam z nią całkiem przyjemne chwile. Oprócz losów głównego bohatera, opowiada także o trudnościach z akceptacją siebie czy godzeniem się z rzeczywistością oraz o radzeniu sobie z problemami rodzinnymi. Nie jest to jednak historia, z której mogłabym wynieść coś nowego, co w jakiś sposób zmieniłoby moje życie, a raczej lekkie czytadło idealne na leniwe, letnie popołudnie, które odkłada się na półkę i nie wraca do niego ponownie. 

ocena:
6/10 

autor: John Corey Whaley
tytuł: Chłopak, który stracił głowę
ilość stron: 351
wydawnictwo: Otwarte/Moondrive

poniedziałek, 25 lipca 2016

Andy Weir "Marsjanin"


Mark Watney, wraz z pozostałymi członkami załogi to pierwsi ludzie, którzy stanęli na Marsie. Początkowo, wyprawa na Czerwoną Planetę zapowiadała się jako ogromny sukces, jednak szybko pojawiły się komplikacje. Z powodu ogromnej burzy piaskowej grupa opuszcza planetę, zostawiając za sobą rannego, nieprzytomnego Marka. Nikt nie wiedział, że astronauta jeszcze się obudzi. Od tego czasu zaczyna się jego mordercza walka o przetrwanie. Znikome zapasy żywności, wody i powietrza oraz brak łączności ze stacją na Ziemi, to nie jedyny problem, z jakim musi się zmierzyć. Na dodatek nie może liczyć na to, że ktoś po niego wróci, ponieważ oficjalnie został uznany za martwego. To nie wróży dobrego zakończenia. Mimo wszystko, Mark nie poddaje się i postanawia walczyć aż do końca…

Zanim sięgnęłam po tę książkę, miałam okazję zapoznać się z opiniami wielu czytelników, które w większości były bardzo pozytywne. Jednak w niektórych spotykałam się ze stwierdzeniem, że rozległe objaśnienia różnych zjawisk chemicznych i fizycznych, czy działania sprzętów kosmicznych są nieco męczące. Z tego względu, to właśnie ich obawiałam się najbardziej. Zazwyczaj nie przepadam za zbyt długimi opisami, dlatego byłam bardzo zaskoczona, że w tej książce w ogóle mi to nie przeszkadza. Ba! Większość z nich czytałam z naprawdę ogromnym zaciekawieniem. To prawda, autor używa wiele terminów, które dla laika w takich sprawach mogą być trudne do zapamiętania, ale przecież w takiej powieści nie da się tego uniknąć. Na szczęście wszystko zostało objaśnione w możliwie najbardziej przystępny sposób, dzięki czemu nie jest to w żadnym stopniu ciężka lektura.

"Nie mając pola magnetycznego, Mars nie ma żadnej ochrony przed promieniowaniem
słonecznym. Jeśli byłbym na nie wystawiony, dostałbym takiego raka, że jeszcze
 ten rak miałby raka."

Tak naprawdę nie mogę sobie wyobrazić tej książki w żadnej innej formie, niż została przedstawiona. Te rozległe opisy wynikają także z tego, że w większości składa się ona z zapisków w dzienniku pokładowym, który skrupulatnie prowadzi Mark. Dotyczą one nie tylko wcześniej wspomnianych zjawisk czy sprzętów, ale także dokładnych działań głównego bohatera. Dzięki temu czytelnik nie ma wrażenia, że coś dzieje się bezpodstawnie, a historia – paradoksalnie – zyskuje na realności. Paradoksalnie, bo przecież tak naprawdę wyprawa na Marsa na razie nie jest możliwa, a mimo to, czasami miałam wrażenie, że czytam prawdziwą relację z pobytu na tej planecie.

Wracając do głównego bohatera, nie sposób domyślić się, że to właśnie on głównie towarzyszy nam przez całą powieść. To ryzykowny zabieg, bo przecież po jakimś czasie czytelnik mógłby poczuć się znudzony taką monotonnością. Jednak w tym wypadku to niemożliwe. Andy Weir spisał się świetnie, jeśli chodzi o kreację głównej postaci. Mark to niesamowicie inteligentna i nader pozytywna osoba z dużym dystansem do siebie, której chyba nie da się nie darzyć sympatią. Uwierzcie mi, że tak jak ja, pokochacie jego poczucie humoru, jednocześnie podziwiając ogromne zasoby wiedzy, jakie posiada. Pod koniec powieści uświadomiłam sobie, że jeszcze nie chcę się z nim rozstawać, że te niecałe czterysta stron w jego towarzystwie minęły mi zdecydowanie za szybko.

"[12.04] JPL: (...) Proszę, uważaj na swój język. Wszystko, co napiszesz, nadajemy
na żywo na cały świat.

[12.15] WATNEY: Patrzcie! Cycki! ==>> (.Y.)."

Szybkie tempo, w jakim pochłonęłam tę książkę nie wynikała jednak tylko z charakteru głównego bohatera. Jak już wcześniej wspominałam, ta historia niebywale mnie zaciekawiła, choć można rzec, że w niektórych momentach była dosyć przewidywalna. Szczególnie mam tu na myśli zakończenie, którego właściwie już od początku można się spodziewać oraz fakt, że większość planów, które opracowywał Mark, w jakimś momencie zawodziły, w wyniku czego nasz główny bohater miał kolejną trudność do pokonania. Mimo to, powieść trzymała mnie w napięciu, a kolejne kartki uciekały mi w zawrotnym tempie, przez co niestety skończyłam Marsjanina trochę szybciej, niż tego chciałam.

Szczerze mówiąc, nie wiem czy powinnam polecać tę powieść wszystkim czytelnikom, bo jestem świadoma tego, że nie każdemu może się spodobać. Dla mnie była ona małym zaskoczeniem, bo mimo, że ani nie sięgam często po powieści science fiction, ani nie jestem miłośniczką aż tak długich opisów, to czerpałam niezwykle dużą przyjemność z poznawania tej historii. Jeśli Wam te rzeczy są niestraszne, to myślę, że spokojnie możecie się zmierzyć z Marsjaninem, bo to naprawdę zajmująca historia. I choć po dłuższym zastanowieniu mogę stwierdzić, że chyba nie jest to książka, do której kiedyś wrócę, to niewątpliwie zapamiętam ją na długo. 

ocena:
9/10 

autor: Andy Weir
tytuł: Marsjanin
ilość stron: 384
wydawnictwo: Akurat