środa, 21 czerwca 2017

Stephen Chbosky "Charlie"

Na zdjęciu wersja anglojęzyczna
Dorastanie nie jest łatwym okresem, wie to chyba każdy z nas. Może z perspektywy czasu, patrząc wstecz na te lata młodości, stwierdzimy że problemy, które wtedy mieliśmy nie były tak olbrzymie, jak wtedy nam się wydawało. Może będziemy z utęsknieniem patrzeć na ten czas, marząc o tym by cofnąć się wstecz choć na chwilę. Mimo wszystko, będąc tu i teraz, to wszystko nie jest aż tak błahe. Pragnienie akceptacji wśród rówieśników, problemy w domu czy w szkole, poczucie, że pośród tych wszystkich ludzi i tak jesteśmy samotni, nowe doświadczenia, których często panicznie się boimy. To wszystko, skumulowane razem, często sprawia, że nie mamy pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Czujemy, że nikt tak naprawdę nie jest w stanie nas zrozumieć. Mamy ochotę uciec jak najdalej. Zawzięcie szukamy sensu życia.

Charlie właśnie zaczyna nowy etap w swoim życiu - idzie do pierwszej klasy liceum. Jest nieśmiałym, raczej wycofanym z życia towarzyskiego nastolatkiem, dlatego boi się nowego otoczenia, nieznajomych ludzi i tego, co go czeka. Dodatkowo fakt, że rok wcześniej stracił jedną z najważniejszych osób w swoim życiu, najlepszego przyjaciela Michaela, sprawia, że Charlie nie umie całkowicie cieszyć się życiem. Zaczyna więc pisać listy do przyjaciela, który istnieje tylko w jego wyobraźni. Nie załącza jednak adresu zwrotnego. Nie oczekuje od niego odpowiedzi. Potrzebuje jedynie kogoś, komu mógłby opowiadać o swoich rozterkach. Kogoś, kto go "wysłucha", jednocześnie nie oceniając. W nowej szkole poznaję dwójkę nowych przyjaciół - Sam oraz Patricka - i wtedy zauważa, że jego życie powoli zaczyna się zmieniać.

Charlie to z pozoru bardzo prosta książka, opowiadająca o zwykłym nastolatku, który próbuje odnaleźć się w tym świecie, który szuka akceptacji i zrozumienia. Czytelnik obserwuje jego życie, spotkania z rówieśnikami, problemy w szkole czy w rodzinie. Towarzyszymy mu przez całe dwanaście miesięcy. Widzimy, jak stopniowo się zmienia, jak doświadcza nowych rzeczy. Jednak myślę, że to właśnie w prostocie tkwi siła tej książki. Autor nakreślił prawdziwy obraz tego, jak wygląda dorastanie. Pokazuje nam rozterki, z jakimi muszą zmagać się młodzi ludzie. Dzięki formie epistolarnej, którą tworzą listy pisane przez głównego bohatera, czytelnik ma wrażenie, że może dokładnie doświadczyć tego, co dzieje się w umyśle nastolatka. Ma się wrażenie, że poznajemy go od tej strony, od której mieli okazję poznać go naprawdę nieliczni. A może nawet nikt. Charlie przelewa na papier wszystko co przyjdzie mu na myśl, dokładnie opisując przebieg swoich dni, co sprawia, że niejednokrotnie sami możemy odnaleźć się w sytuacjach czy zachowaniach, które nakreśla nam bohater.

Rzecz, która szczególnie zwróciła moją uwagę w tej książce, to fakt, że Charlie nie zwraca się do odbiorcy swoich listów żadnym konkretnym imieniem. Zamiast tego stosuje zwrot "drogi przyjacielu", co sprawia, że czytelnik może się poczuć, jakby to właśnie z nim korespondował główny bohater, że to właśnie on jest tym, któremu nastolatek ufa bezgranicznie. Tworzy to pewną więź między Charliem a tym, który czyta tę książkę, daje poczucie osobistości i sprawia, że z każdym kolejnym listem coraz bardziej zżywamy się z głównym bohaterem. To sprawia, że ma się ochotę odpisać na jedną z tych wiadomości, dać nastolatkowi rady, dzięki którym może wiedziałby jak postąpić w trudnych dla niego sytuacjach, pocieszyć kilkoma słowami otuchy. I choć na początku myślałam, że przez małą objętość książki nie uda mi się zżyć z jej bohaterami, to bez wahania mogę przyznać, że się myliłam. Główne postacie, w szczególności Charlie, bardzo szybko stali się bliscy mojemu sercu.

Dzięki temu, że Stephen Chbosky wykreował tak realistycznych bohaterów, myślę, że każdy czytelnik tej książki będzie w stanie odnaleźć w którymś z nich choćby małą cząstkę samego siebie. Autor nie pokazuje w swojej powieści wyidealizowanych nastolatków, którzy prowadzą zupełnie beztroskie życie, nie musząc przejmować się zupełnie niczym, ale tym samym nie przesadza również w tę drugą stronę i nie tworzy postaci, którym życie ciągle rzuca kłody pod nogi, nie przynosząc im nic dobrego. Ich problemy przytrafiają się wielu osobom w prawdziwym życiu, dzięki czemu Charlie to książka, która ma szansę trafić do ogromnej liczby odbiorców, szczególnie tych w młodym wieku, ale nie tylko. Ponadto, liczy ona nieco ponad dwieście stron i jest napisana tak lekkim językiem, że spokojnie można ją skończyć w jedno popołudnie. Tym bardziej, że stanowi ona idealny sposób na oderwanie się od własnej rzeczywistości i przeniesienie się do życia innych ludzi na kilka godzin.

Na uwagę zasługuje również sposób, w jaki autor przedstawił w tej historii znaczenie książek, muzyki czy filmów dla osób w młodym wieku. Bardzo ujął mnie fakt, że dla głównego bohatera stanowiły one coś znacznie więcej, niż tylko formę rozrywki. Charlie traktował je jako źródło ważnych życiowych wartości. Wierzył, że może w nich znaleźć wiele inspiracji, czy ważnych wskazówek. To one w dużej mierze pomagały mu odkryć kim tak naprawdę jest. Często podarowywał swoim przyjaciołom ważne dla niego powieści, wierząc, że na nich również będą miały tak duży wpływ, a także kasety z piosenkami, które często przypisywał konkretnym wydarzeniom w swoim życiu. Przez ponad dwieście stron książki przewija się niemała ilość tytułów różnych utworów, czy książek, tak więc czytelnik sam może sprawdzić, jakie znaczenie będą one miały właśnie dla niego.

Charlie to książka, która w bardzo realny, ujmujący sposób pokazuje dobre, a także złe strony dorastania. Choć została wydana blisko dwadzieścia lat temu, myślę, że jeszcze przez długi czas będzie trafiać do wielu czytelników. Autor poruszył w niej naprawdę pokaźną ilość problemów, z jakimi zmagają się młodzi ludzie. Traktuje ona nie tylko o przyjaźni, pierwszej miłości, akceptacji wśród rówieśników ale także o samobójstwie, narkotykach czy bólu związanym z utratą bliskich. Jest to powieść, którą bez wahania mogłabym polecić osobom, szukającym czegoś na pozór lekkiego, ale pouczającego, a szczególnie tym, którzy sami aktualnie zmagają się z podobnymi problemami.

★★★

poniedziałek, 29 maja 2017

Jay Asher "Trzynaście powodów"


Pewnego dnia po powrocie ze szkoły, Clay Jensen znajduje przed drzwiami swojego domu tajemnicze pudełko. W środku odkrywa siedem kaset nagranych przez jego koleżankę o imieniu Hannah, która kilkanaście dni wcześniej odebrała sobie życie. Jednak przed śmiercią postanowiła opowiedzieć swoją historię, podając trzynaście powodów, które sprawiły, że podjęła taką decyzję. Bohaterami nagrań są pojedyncze osoby, a zestaw kaset trafia kolejno do każdej z nich. Teraz przyszła pora na Claya. To razem z nim czytelnik stopniowo odkrywa prawdę i przeżywa pełną bólu historię dziewczyny.

Trzynaście powodów porusza ciężki i niestety wszechobecny problem występujący w naszym społeczeństwie, a mianowicie samobójstwo. W tym wypadku młoda osoba, przed którą całe życie stoi otworem, która dopiero wchodzi w dorosły świat, postanawia odejść. Zostawia wszystko, bo wierzy, że to jest najlepsze wyjście. A powodem są jej rówieśnicy. Ludzie, którzy zamiast wspierać, podkładali kłody pod nogi. Zamiast mówić miłe rzeczy, potrafili tylko krytykować. Zamiast pomóc, udawali, że nie widzą. Czytając tę książkę niejednokrotnie zastanawiałam się: dlaczego? Dlaczego doprowadzamy do takich sytuacji, w których dzieją się podobne rzeczy? Dlaczego tak łatwo przychodzi nam ranienie innych ludzi? I przede wszystkim, co nam to w ogóle daje?

Wiem, że wiele osób nie potrafi zrozumieć Hannah. Uważa, że powody, które wymienia w swoich nagraniach są zbyt błahe. Natomiast ja sądzę, że Jay Asher świetnie pokazał w swojej książce to, jak wielką moc mają nasze słowa. Słowa, które często wypowiadamy pochopnie, bez większych przemyśleń. Dla nas czasami wydają się nieznaczące, ale zbyt często zapominamy, że mogą ranić równie mocno, jak czyny. Każdy człowiek znosi takie ciosy inaczej. Jedni mają na tyle mocną psychikę, że po jakimś czasie przestaną mieć one dla nich znaczenie, ale dla innych to może być główny powód, przez który każdego dnia będą upadać coraz niżej. Może te pojedyncze sytuacje, które opisywała Hannah, same w sobie nie były aż tak szkodliwe, ale razem tworzyły tykającą bombę. Były jak cegiełki, które układane kolejno obok siebie, zbudowały w niej chęć zakończenia swojego życia. I to właśnie uświadamia czytelnikowi ta historia.

W książce, która porusza takie problemy panuje naprawdę smutny, melancholijny klimat. Jest tu dużo miejsca na łzy i przemyślenia, jednak mimo to, czyta się ją niesamowicie szybko. Autor w naprawdę łatwy sposób opisuje całą tę historię. I choć nie udało mi się szczególnie zżyć z bohaterami, bo za szybko musiałam się z nimi rozstać, to ich przeżycia naprawdę mnie dotknęły. Możliwość spojrzenia na świat zarówno z perspektywy osoby, która niedawno straciła przyjaciela, jak i kogoś, kto odebrał sobie życie, sprawiła, że książka Jaya Ashera na pewno na długi czas pozostanie w mojej pamięci. Uświadomienie sobie, co czują ludzie z takimi doświadczeniami naprawdę sprawiło, że moje serce niejednokrotnie ściskało się z żalu. Również fakt, że tak naprawdę poznajemy te historię od tyłu przyczynia się do tego, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna odczuwać bezsilność. Świadomość, że nic już nie można zrobić w tej sytuacji, że nie można pomóc w żaden sposób, jest naprawdę raniąca.

Żałuję, że autor tak powierzchownie potraktował wątki bohaterów drugoplanowych, które swoją drogą zostały świetnie nakreślone w serialu produkcji Netflixa o tym samym tytule. W ekranizacji mieliśmy szansę zobaczyć, że również bohaterowie kaset zmagają się z niemałymi problemami, że są to ludzie, których życie także nie oszczędza. Dzięki temu, historia ta nabrała jeszcze większej wartości, czego bardzo zabrakło mi w książce. Rozwinięcie wątków postaci drugoplanowych na pewno sprawiłoby, że momentów chwilowego znudzenia, które niejednokrotnie pojawiały się u mnie podczas czytania Trzynastu powodów, byłoby znacznie mniej, a może nawet nie zdarzałyby się wcale. Myślę, że dałoby to czytelnikom również nieco inne spojrzenie na te historię, bo oprócz perspektywy Claya i Hannah, poznalibyśmy również punkt widzenia tych, którzy w jakiś sposób przyczynili się do samobójstwa bohaterki.

Trzynaście powodów nie jest książką bez wad, ale mimo to nie żałuję, że zdecydowałam się po nią sięgnąć. Jest to bardzo ważna historia, która może uświadomić czytelnikowi wiele istotnych kwestii. Myślę, że po zapoznaniu się z przeżyciami Hannah każdy człowiek będzie bardziej zwracał uwagę na swoje słowa i czyny, biorąc pod uwagę to, jaki wpływ mają one na drugą osobę. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji po nią sięgnąć, lub z jakiegoś powodu zwlekaliście, to naprawdę ogromnie polecam Wam to zrobić.

★★★
[3,5/5]

wtorek, 23 maja 2017

Nicola Yoon "Ponad wszystko"


Osiemnastoletnia Madeline cierpi na rzadką chorobę układu odpornościowego, która nie pozwala jej  na normalne życie. Dom, w którym mieszka razem ze swoją mamą, jest całkowicie przystosowany do niej, dzięki systemom, które utrzymują go w sterylnych warunkach. Dla dziewczyny, kontakt z jakimikolwiek zarazkami mógłby doprowadzić do ciężkiej choroby, a nawet śmierci. Dlatego Madeline nigdy, w całym swoim życiu, nie opuściła czterech ścian. Nie mogła chodzić do szkoły, dorastać wraz ze swoimi rówieśnikami, bawić się, żyć normalnie. Każdy kolejny dzień jest podobny do poprzedniego, a jedyną odskocznią od rzeczywistości są dla niej książki. Jednak pewnego dnia, tę rutynę przerywa Olly – nastolatek, który wprowadza się do sąsiedniego domu wraz ze swoją rodziną. Maddy codziennie obserwuje go z okna swojego pokoju, aż w końcu on zauważa ją i tak zaczyna się ich znajomość. Jednak czy taka relacja ma jakiekolwiek szanse na przetrwanie?

Ponad wszystko to książka chwalona przez wielu czytelników, jednak dopiero zbliżająca się premiera filmu na jej podstawie ostatecznie zachęciła mnie do tego, aby zapoznać się z historią Madeline. Przy okazji, wspominając o ekranizacji, trzeba zaznaczyć, że właściwie już sam jej zwiastun zawiera w sobie streszczenie prawie całej fabuły książki. Dlatego jeśli chcielibyście się z nią zapoznać, uprzednio nie wiedząc zbyt wiele o tym, jak ta historia się potoczy, dobrze jest odłożyć sobie jego obejrzenie na ten moment, kiedy będziecie już po lekturze. Ja na szczęście dowiedziałam się tego jeszcze przed zobaczeniem zwiastunu, z czego naprawdę się cieszę, więc pomyślałam, że teraz powiem o tym również Wam.

Wracając jednak do samej książki – była to lektura tak krótka i niewymagająca, że wystarczyło mi zaledwie kilka godzin, aby przeczytać ją w całości. Pióro autorki jest przyjemne w odbiorze, przez co kolejne strony uciekają wręcz w zastraszającym tempie. Jednak odkąd przeczytałam Ponad wszystko, w mojej głowie wciąż tkwi jedno pytanie – czy fakt, że jest to tak krótka opowieść, można uznać za jej wadę czy zaletę? Szczerze mówiąc, sama nie do końca potrafię na nie odpowiedzieć. Z jednej strony przyczyniło się to do tego, że tak jak wspominałam wcześniej, książkę tę pochłonęłam zaledwie w kilka godzin. Zaś z drugiej mam wrażenie, że nie miałam nawet szansy związać się z bohaterami na tyle mocno, aby ich historia zapisała się w mojej pamięci na dłużej, aby chwyciła mnie za serce naprawdę mocno. Owszem, niezaprzeczalnie zdobyli oni moją sympatię, jednak ich historia zaczęła się i dobiegła końca szybciej, niż mogłam przewidzieć.

Mogłoby się wydawać, że w historii o dziewczynie cierpiącej na tak poważną chorobę przez większość czasu będzie przepełniona smutkiem, nostalgią, jednak Nicola Yoon zachowała swoją powieść w bardziej pozytywnym nastroju. Owszem, przez cały czas w głowie czytelnika pozostaje ta świadomość wagi nieszczęścia, z jakim zmaga się Madeline. Jednak dzięki temu, że główna bohaterka sama potrafi podchodzić do swojej sytuacji z dystansem i mimo wszystko, jest osobą bardzo pozytywną, tekst ten nie ma aż tak melancholijnego wydźwięku. Dodatkowo, książka ta jest wypełniona wieloma żartobliwymi rysunkami, kartkami z dziennika zapisanymi przez Maddy i wieloma innymi ilustracjami tego typu, co również dodaje tej powieści oryginalności. Uważam, że autorce świetnie udało się zrównoważyć ze sobą dwie przeciwstawne emocje, smutek i radość, przez co razem z głównymi bohaterami przeżywamy zarówno momenty szczęścia, a także przygnębienia, niedowierzania.

Ponad wszystko, wbrew pozorom, porusza nieco więcej problemów, niż tylko choroba głównej bohaterki, gdyż mówi ona także o schorzeniach psychicznych, czy przemocy domowej. Niestety, autorka nie za bardzo zagłębiła się w te poboczne tematy, czego ogromnie żałuję, ponieważ mogłoby to dodać naprawdę wiele do tej książki. Jak wspominałam wcześniej, Nicola Yoon posługuję się lekkim, przystępnym w odbiorze językiem, dlatego opisując dokładniej owe wątki, mogłaby uzupełnić swą powieść o ukryte wskazówki, dotyczące tego, jak znaleźć wyjście z podobnych sytuacji, które szczególnie mogłyby trafić do ludzi w wieku podobnym do głównych bohaterów. Jednak mimo wszystko, ta historia może nam również uświadomić wiele rzeczy. Autorka przypomina, że nie należy brać życia za pewnik i korzystać z niego jak tylko się da. Historia Maddy i Olly'ego pokazuje, że ryzyko może być warte swojej ceny i że czasami nie możemy obawiać się konsekwencji naszych czynów, bo każdy dzień może być tym ostatnim. Trzeba brać życie takim, jakie jest i nie zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby pewne sytuacje nigdy nie miały miejsca.

Muszę także poruszyć jedną kwestię, która sprawiła, że Ponad wszystko nie zrobiło na mnie aż tak dużego wrażenia, jak spodziewałam się tego na początku. Główny i właściwie jedyny zwrot akcji, który ma miejsce w tej powieści, był na tyle łatwy do odgadnięcia, że niestety udało mi się całkiem przypadkowo wpaść na ten pomysł niemalże na samym początku. Może dlatego, że spodziewałam się właśnie takiego obrotu sprawy i w głębi serca wiedziałam, że jest to możliwa sytuacja, ten fakt nie wstrząsnął mną aż tak mocno. Przyznam, że trochę zawiodłam się, kiedy wyszło na jaw, iż moje przypuszczenia były prawdziwe. Gdzieś tam w głębi serca miałam nadzieję, że autorce jeszcze uda się mnie zaskoczyć. Niestety tak wcale się nie stało.

Ponad wszystko to książka nie tylko o pierwszym zakochaniu, czy poważnej chorobie, ale także o ogromnej sile miłości i o tym, jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć, aby zatrzymać przy sobie tych, których kochamy najmocniej. Może ta historia nie zapadła mi szczególnie w pamięć, może nie wywołała aż tak skrajnych emocji i nie ścisnęła za gardło, ale mimo wszystko spędziłam z nią naprawdę przyjemne momenty. Wiem prawie na pewno, że nie jest to powieść, do której kiedyś zajrzę ponownie, ale na pewno mogę polecić ją innym. Wierzę ze na wielu z Was zrobi ona dużo większe wrażenie i nieodwołalnie zostanie w Waszych sercach na długo.

★★★
[3,5/5]

p.s. Całkiem niedawno zdecydowałam się założyć instagrama książkowego, o którym myślałam już od naprawdę długiego czasu. Serdecznie Was na niego zapraszam i mam nadzieję, że moje zdjęcia przypadną Wam do gustu. Możecie znaleźć mnie pod nazwą @theravenlynch. Jeśli Wy również prowadzicie bookstagramy, koniecznie zostawcie swoją nazwę użytkownika w komentarzu xx

poniedziałek, 13 marca 2017

trylogia "all for the game" nory sakavic


Gdyby ktoś jeszcze kilkanaście tygodni temu spytałby mnie o ulubieńca wśród wszystkich przeczytanych trylogii, moja odpowiedź zupełnie różniłaby się od tej, której udzieliłabym obecnie. Pierwsze miejsce na moim prywatnym podium przez kilka długich lat pozostawało bezmienne, przez co nigdy nie pomyślałabym, że wystarczy tylko kilka dni, aby to zmienić. Z początku niepozorna historia, do której musiałam robić wiele podejść, zanim faktycznie udało mi się całkowicie wdrożyć w fabułę, szybko przemieniła się w opowieść od której wprost nie mogłam się oderwać. Jaki był tego skutek? Trzy części, przeczytane w zaledwie kilka dni, jedna za drugą, bez żadnej przerwy. A mowa tu o trylogii All for the game autorstwa Noory Sakavic.

Jednak zacznijmy od początku - co tak naprawdę w trawie piszczy? Historia ta opowiada nastoletnim Neilu Jostenie, którego życie nie ma wiele wspólnego z normalnością, w momencie, w którym go poznajemy. Chlopak wciąż ucieka, zmieniając nie tylko miejsca zamieszkania, ale także swoje imię. Nie może zostać w jednym mieście zbyt długo, ani nawiązywać żadnych bliższych relacji, dlatego też nie ma przy sobie nikogo bliskiego. Jakiś czas temu musiał pogodzić się ze śmiercią swojej mamy, a jego ojciec jest właśnie tą osobą, przez którą nie chce być znaleziony. Jedyną namiastką normalności w życiu Neila jest Exy - gra stworzona przez autorkę, będąca połączeniem lacrosse'a z hokejem. Podpisanie kontraktu z drużyną Uniwersytetu Palmetto State to prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką chłopak powinien zrobić. Jednak ta decyzja może zmienić jego życie na zawsze.

Kiedy zaczynałam pierwszy tom tej trylogii, a było to w zeszłe wakacje, nie miałam pojęcia, że kilka miesięcy później będzie miała ona dla mnie tak duże znaczenie. Tym bardziej, że na początku bardzo trudno było mi wgryźć się nie tylko w fabułę, ale także w język, jakim pisze autorka. Książki te można przeczytać tylko i wyłącznie w wydaniu angielskim i choć nie była to moja pierwsza powieść przeczytana w oryginale, to znalazło się w niej wiele słów, których znaczenia nie znałam. Z tego powodu bardzo często musiałam sięgać do słownika, lub czytać wybrane zdania kilkukrotnie, aby całkowicie zrozumieć ich znaczenie, co zdecydowanie wydłużało czas czytania. Do tego dochodziła również sama fabuła, która rozwijała się bardzo wolno i choć patrząc przez pryzmat całej trylogii, uważam to za rzecz pozytywną, to niestety na początku ten fakt trochę mnie męczył. Przez to, moje pierwsze podejście do tej historii skończyło się niepowodzeniem. A jednak, coś sprawiło, że nie poddałam się i próbowałam jeszcze wiele razy, aż w końcu zaczęłam zauważać, że to co dzieje się w tej książce coraz bardziej zaczyna mnie obchodzić, a między mną, a bohaterami tworzy się pewna więź. Aż w końcu ta historia wciągnęła mnie tak bardzo, że czytając ją, wszystko inne przestawało się liczyć.

All for the game okazało się być czymś zupełnie innym, niż na początku się spodziewałam. Oczywiście w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Główny bohater - nastolatek z trudnym dzieciństwem i wieloma problemami - mógłby zwiastować kolejną, do bólu powtarzalną i schematyczną książkę dla młodzieży. Ale uwierzcie mi, ta trylogia nie ma wiele wspólnego z przewidywalnością. Owszem, jest to historia przeznaczona dla młodzieży, lecz na pewno nie znajdziecie tu wszystkich typowych motywów, które przewijają się przez większość powieści skierowanych do tej grupy wiekowej. Trzeba również zaznaczyć, że Nora Sakavic poruszyła w swojej trylogii bardzo trudne problemy związane z alkoholem, narkotykami czy znęcania się, zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Dlatego też wydaje mi się, że po te książki powinna sięgać raczej starsza młodzież, ponieważ w niektórych momentach występują tu naprawdę brutalne sceny przemocy, które potrafią wywołać ciarki na całym ciele. Ja, czytając jedną z nich, miałam łzy w oczach.

Wspomniałam wcześniej, że na początku fabuła The Foxhole Court, czyli pierwszego tomu trylogii, niezbyt do mnie przemawiała. Niewiele się działo, akcja rozwijała się naprawdę wolno i trochę zajęło mi, zanim całkowicie wkręciłam się w fabułę. Jednak w pewnym momencie zupełnie przestało mi to przeszkadzać. Co więcej, mogę bez wahania przyznać, że w przypadku All For the Game jest to ogromny plus. Dzięki temu wszystkie trzy tomy łączą się w jedną, spójną całość, każdy kolejny dopełnia tę historię coraz bardziej. Takie tempo akcji powoduje, że cała ta opowieść sprawia wrażenie jak najbardziej realnej. Jestem ogromnie wdzięczna autorce, że tak świetnie rozłożyła fabułę w czasie i że nic nie dzieję się tutaj zbyt szybko. To sprawia, że czytelnik zostaje całkowicie pochłonięty przez tę historię, wciąż chcąc wiedzieć, co wydarzy się następnie. A niejednokrotnie dzieją się tutaj takie rzeczy, których wprost nie da się przewidzieć.

Sięgając po tę trylogię obawiałam się również wątku sportowego, który ma tutaj naprawdę znaczącą rolę i jest o nim mowa prawie przez cały czas. Jako osoba, do której raczej nie przemawiają wszelkie gry zespołowe, byłam wręcz przekonana, że i w tym wypadku nie będzie inaczej. A jednak. W tej kwestii również czekało na mnie bardzo miłe zaskoczenie. Jakimś sposobem, Exy okazało się być naprawdę interesującą dyscypliną, a opisy wszystkich meczów wcale nie nudziły mnie tak bardzo, jak zazwyczaj zdarza się to w przypadku wszelkich rozgrywek śledzonych w telewizji. Nadal nie mam pojęcia, jak Norze Sakavic udało się to zrobić, że nawet taki laik sportowy jakim jestem ja, nie czuł się ani trochę zagubiony czy znużony tym wątkiem.

To, jak autorka wykreowała postaci All for the game jest wręcz niesamowite. Każda z nich jest inna, każda ma swoją własną historię i swoje własne, niezastąpione miejsce w tej opowieści. Nie są to płaskie, papierowe osobowości. Wręcz przeciwnie. Nora Sakavic nakreśliła tych bohaterów w taki sposob, iż czytelnik ma wrażenie, że czyta opowieść o ludziach, którzy istnieją naprawdę i z którymi może poczuć pewną nić porozumienia. I mimo, że pojawia się tu dosyć duża ilość postaci, to czytelnik ma szansę poznać każdego z nich, ani przez chwilę nie mając wrażenie, że ktoraś z nich jest w tej historii zbędna, że zupełnie nic nie wnosi do żadnego z poruszonych wątków. Na pochwałę zasługuje również fakt, że autorka nie od razu odkrywa przed nami wszystkie karty, dotyczące nie tylko osobowości tych postaci, ale także ich życia. Nawet główny bohater skrywa przed nami wiele tajemnic, które stopniowo wychodzą na jaw przez wszystkie części tej trylogii, aż do samego końca.

All For the Game to seria, przez którą dosłownie się płynie. Historia zawarta na jej kartach niesamowicie wciąga, wywołuje milion emocji, ściska za serce i zdecydowanie zostaje z czytelnikiem na długi czas. To właśnie ona zdołała wyciągnąć mnie z ogromnego dołka czytelniczego, podczas gdy żadna inna książka nie była w stanie tego zrobić, tylko po to, by znów mnie do niego wpędzić. Zostawiła mnie z poczuciem, że już nigdy nie znajdę równie niesamowitej serii młodzieżowej. I choć z jednej strony jestem w pełni usatysfakcjonowana tym, jak Nora Sakavic zakończyła tę trylogię, to jednak nadal czuję w sobie mały niedosyt. Niedosyt spowodowany świadomością, że mogę jedynie wyobrazić sobie to, jak dalej potoczyły się losy tych wszystkich bohaterów, których tak bardzo pokochałam i którzy zdecydowanie zasłużyli na specjalne miejsce w moim sercu. Jestem pewna, że do All For the Game jeszcze powrócę. Kto wie, może nawet kilkukrotnie.

★★★★★

poniedziałek, 13 lutego 2017

niespodziewana przerwa, powrót i małe zmiany

Długo zastanawiałam się jak powinnam zacząć tego posta. Tak długa przerwa od blogowania sprawiła, że pisanie czegoś, co za kilka minut zostanie opublikowane dla innych czytelników, znowu stało się nieco trudne. Jednak właśnie teraz, wystukując kolejne zdania na klawiaturze, towarzyszy mi także niesamowita ekscytacja. Ekscytacja tym, że znów powracam do tego, co sprawia mi ogromną przyjemność; że ponownie będę mogła dzielić się z innymi moimi odczuciami na temat książek; tym, że wreszcie mogę napisać: Witajcie z powrotem!

Ale zacznijmy od początku. Wiem, że czas mojej nieobecności na blogu jest karygodnie długi i pewnie każdy, kto kiedyś zaglądał tutaj, aby przeczytać moje posty, już dawno zapomniał o jego istnieniu. Jednak w pewnym momencie zaczęłam zauważać, że pisanie nie sprawia mi już tak wielkiej radości, jak kiedyś. Tworzenie nowych postów stało się bardziej obowiązkiem, niż pasją. A przecież nie po to tu jestem. Nie jestem tutaj po to, aby dzielić się z ludźmi treścią tworzoną z przymusu. Jestem tu po to, aby pisać dla przyjemności. Dlatego w pewnym momencie doszłam do wniosku, że przerwa jest mi niezbędna, że muszę po prostu od tego odpocząć i przypomnieć sobie, że przecież jest to moje hobby. Nie spodziewałam się tylko, że potrwa to aż tak długo. Zbyt długo. Kolejne dni uciekały niemiłosiernie szybko, aż w końcu kilkutygodniowa przerwa zmieniła się w kilkumiesięczną.

W pewnym momencie wpadłam też w ogromny dołek czytelniczy, z którego przez długi czas nie mogłam się wydostać. To, oraz fakt, że rok szkolny zaczął się z ogromnym impetem sprawiło, że przez dwa, a może nawet trzy miesiące, nie udało mi się skończyć ani jednej książki. A przecież w bibliotece nadal bywałam dosyć często i nadal sięgałam po książki, które zdawały się być w sam raz dla mnie. Niestety, każdą z nich porzucałam po kilkudziesięciu stronach, główkując nad tym, jak pokonać tak ogromnego kaca czytelniczego, w jakim jeszcze nigdy się nie znalazłam. Na szczęście dałam radę wyjść z tego ogromnego dołka i od grudnia na nowo udało mi się powrócić do tak częstego czytania książek, jak wcześniej. Wtedy też pojawiła się myśl, że przyszedł już odpowiedni czas, aby powrócić do pisania. Od tej idei do faktycznych czynów minęło jeszcze kilka tygodni, ale jak to mówią: lepiej późno, niż wcale. I oto jestem z powrotem.

Przyznam, że miałam ogromne wątpliwości dotyczące tego, czy powinnam wracać po tak długiej przerwie, ale teraz, kiedy tak naprawdę uświadomiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało, jestem w stu procentach pewna, że była to znakomita decyzja. Mam nadzieję, że mimo tak długiej nieobecności, nadal będziecie chętnie odwiedzać Aleję Czytelnika, abyśmy znów mogli razem rozmawiać na temat, który tak bardzo uwielbiamy - książki. Jestem pewna, że tym razem powracam ze zdwojonymi chęciami i motywacją do prowadzenia tego bloga. Nowe posty już niedługo. Do następnego! xx

czwartek, 25 sierpnia 2016

"Cudze chwalicie, swego nie znacie", czyli o akcji #czytamcopolskie


Kiedy Isabelle z bloga HeavyBooks zaproponowała mi wzięcie udziału w akcji #czytamcopolskie, nie zastanawiałam się zbyt długo. To nie tylko świetna inicjatywa, ale również doskonały sposób, aby przekonać wielu czytelników do sięgania po książki naszych rodzimych autorów. Na czym to wszystko polega? Każdy uczestnik akcji ma za zadanie opublikować na swoim blogu post, w którym opowiada o swoim ulubionym polskim autorze – jednym, bądź kilku. To wszystko! Jeśli sami macie ochotę wziąć udział, nic straconego – zgłosić się do akcji i napisać swój post możecie do 28 sierpnia. A jak to było ze mną?

Przyznam się, że był taki okres, kiedy sama nie sięgałam po książki polskich autorów. Tak naprawdę nie potrafię znaleźć racjonalnego uzasadnienia, jednak z perspektywy czasu mogę powiedzieć tylko jedno: to był naprawdę duży błąd. Przecież w naszym kraju również powstają powieści, po które warto sięgać i które są równie dobre, jak te zagraniczne. Nawet jeśli jest jakiś polski pisarz, którego utwór nie przypadł Wam do gustu, nie zrażajcie się. Dajcie szansę innym, bo jest duża szansa, że uda Wam się znaleźć tą jedną perełkę, którą pokochacie całym sercem i dzięki niej przekonacie się do polskiej twórczości. Ja znalazłam, a mowa o Remigiuszu Mrozie i jego cudownej Ekspozycji.

Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, iż o tym autorze słyszeliście już bardzo wiele opinii, a jeszcze większe, że były to dobre słowa. I choć sama mam za sobą dopiero dwie jego książki, to bez wahania mogę powiedzieć, że te pochwały są jak najbardziej zasłużone. „Ekspozycja” to powieść tak wciągająca, że naprawdę trudno jest oderwać się od niej chociażby na krótką chwilę. Fabuła przez cały czas trzyma czytelnika w napięciu, a co najważniejsze, jest rzetelnie przemyślana. W tej książce tyle się dzieje, że nie ma mowy o nudzie. Co więcej, wykreowani bohaterowie na pewno zapadną Wam w pamięć, dzięki swoim oryginalnym charakterom, a za sprawą ich poczucia humoru, Wasza twarz na pewno nie raz się roześmieje. Mówiąc o Ekspozycji, nie można nie wspomnieć o zakończeniu. Kiedy skończyłam czytać tę książkę, nie mogłam wyjść z podziwu, gdyż nigdy nawet nie przeszłoby mi przez myśl, że autor może w taki sposób zmienić bieg tej historii. To były zaledwie dwa zdania, lecz tyle wystarczyło, abym trwała w osłupieniu przez dobre kilkanaście minut.

Dla kogo jest ta książka? Teoretycznie dla tych, którzy lubią sięgać po kryminały z domieszką powieści sensacyjnej - bo myślę, że tak właśnie można nazwać Ekspozycję. Jednak jestem pewna, że będę mówić nie tylko o tej powieści, ale również o samym Remigiuszu Mrozie każdemu, bez względu na to, po jaki gatunek sięga. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy jakiś autor zrobi na mnie naprawdę duże wrażenie, a właśnie on jest jednym z nich. 

Jak to jest w Waszym przypadku? Sięgacie po książki polskich autorów, czy raczej nie jest Wam z nimi po drodze? A może udało mi się Was choć trochę zachęcić? Piszcie! :)

czwartek, 18 sierpnia 2016

"Nadzieja to jedyna rzecz, która może jeszcze wszystkich nas ocalić" | Samantha Shannon "Czas żniw"


Londyn, rok 2059. Miasto zupełnie różniące się od tego, które dzisiaj przyciąga tysiące turystów. Niebezpieczne dla tych, którzy uważani są za innych, złych. Dziewiętnastoletnia Paige jest jedną z nich. Codziennie okłamuje swojego ojca, który nie wie o tym, że jego córka nie jest tym, za kogo ją uważa. Dla niego jest zwykłą dziewczyną, pracującą w barze, kiedy naprawdę to śniący wędrowiec, który włamuje się do ludzkich umysłów w celu pozyskania ważnych informacji dla swojego szefa Jaxona. Nie powinna swobodnie przemierzać ulic Londynu. Nie powinna żyć. Pewnego dnia zostaje przewieziona do kolonii karnej w Oksfordzie, której istnienie jest tajemnicą od dwustu lat. Panują tam okrutne zasady, jednak jeśli Paige chce przeżyć, nie ma innego wyjścia – musi się do nich dostosować, a także zaufać komuś, kto powinien być jej wrogiem.

Był pewien okres, w którym naprawdę miałam dość dystopii. Na pewno wiele z Was było w podobnej sytuacji, kiedy przeczytało się już tak wiele książek z danego gatunku, że każda kolejna wydaje nam się coraz mniej oryginalna i coraz bardziej nużąca. Ja tak miałam, dlatego po prostu postanowiłam odpocząć od takich powieści. Wtedy wydawało mi się, że wszystkie możliwe pomysły, potrzebne do stworzenia dystopijnego świata, zostały już wykorzystane i nic więcej nie będzie w stanie mnie zaciekawić. Ostatnio postanowiłam jednak, że dam szansę kolejnej powieści z tego gatunku, tym bardziej, że Czas żniw chciałam przeczytać od wyjątkowo długiego czasu. Teraz mogę powiedzieć tylko jedno: to była naprawdę świetna decyzja, gdyż powieść stworzona przez Samanthę Shannon uświadomiła mi, że istnieją jeszcze bardzo dobre dystopie.

"Nadzieja to fundament rewolucji. Bez niej jesteśmy tylko prochem,
który czeka, aż porwie go wiatr."

Pierwsze, co przykuwa uwagę zaraz po rozpoczęciu przygody z Czasem żniw to świat wykreowany przez autorkę – złożony, skomplikowany, ale skrupulatnie przemyślany i dopracowany. Oparty na londyńskiej metropolii, która została przemieniona w miejsce niebezpieczne, pełne grozy. Jednak to nie wszystko. Samantha Shannon wprowadziła również wiele charakterystycznych pojęć i nazw, inspirując się nie tylko współczesnym językiem, ale również żargonem, typowym dla grup przestępczych, pochodzącym z dziewiętnastego wieku. To sprawia, że czytelnik, od razu rzucony na głęboką wodę, może na początku czuć się nieco zdezorientowany. Na szczęście, ogromną pomocą służy słowniczek zamieszczony z tyłu książki, dzięki któremu można stopniowo wtajemniczyć się w nową terminologię. A warto to zrobić i przetrwać te pierwsze kilkadziesiąt stron, aby potem całkowicie stać się częścią tego intrygującego świata.

Przyznam, że widząc, jak świetnie autorka zdołała wykreować tę książkową rzeczywistość, zaczęłam mieć obawy w związku z tym, czy poradzi sobie równie dobrze z bohaterami. I niestety, w tej kwestii mam trochę mieszane uczucia, bowiem wydaje mi się, że oprócz Paige i Arcturusa, którzy towarzyszą nam przez znaczną część książki, postacie są trochę kiepsko nakreślone. Owszem, pojawia się ich dosyć sporo, jednak nie wiemy o nich zbyt wiele i niestety wypadają one dosyć mdło. Można powiedzieć, że po prostu są. Wracając jednak do naszej głównej bohaterki i jej opiekuna, trzeba powiedzieć, że są to naprawdę barwne i dobrze nakreślone postacie. Szczególnie urzekła mnie ta tajemnicza aura, którą otoczony jest Arcturus oraz fakt, że przez długi czas nie można być pewnym, czy stoi po dobrej czy złej stronie. Uwielbiam bohaterów wykreowanych w ten sposób i bez wahania mogę powiedzieć, że jest on idealnym kandydatem do mojej listy faworytów.

"- Jak się czujesz? - zapytał.
- Pieprz się.
Jego oczy zapłonęły.
- Widzę, że lepiej."

Czas żniw nie jest książką, w której akcja biegnie na łeb na szyję, jednak w żadnym stopniu nie zalicza się to do jej wad. Fabuła rozwija się stopniowo, umiarkowanie, nigdy zbyt wolno ani zbyt szybko. Jednak gwarantuję Wam, że nie ma tu ani odrobiny miejsca na nudę, bo kiedy pochłonie Was świat wykreowany przez autorkę, nie będziecie chcieli oderwać się od tej historii. Ja nie mogłam i choć książka do najcieńszych nie należy, to i tak pochłonęłam ją w zastraszającym tempie. Dodatkowo, Samantha Shannon co jakiś czas umieszczała w tej historii tytuły piosenek, odtwarzanych za pomocą gramofonu, których nuty płynęły w tle, tworząc niepowtarzalną atmosferę. To są takie małe szczegóły, teoretycznie niezbyt istotne dla samej fabuły, ale osobiście je uwielbiam i z całego serca polecam Wam zapoznać się z tymi utworami właśnie podczas poznawania tej historii, gdyż stanowią one dla niej idealne dopełnienie. Na końcu książki znajduje się również lista wszystkich piosenek, które znalazły się w powieści, dzięki czemu można do nich wrócić w każdej chwili.

Zważając na to, że Czas żniw jest powieścią młodzieżową, pewnie niektórzy z Was zastanawiają się, czy został w niej zawarty wątek miłosny. I owszem, został. Jednak bez obaw, autorka przedstawiła go w subtelny sposób, dzięki czemu w żadnym stopniu nie zdominował on właściwej fabuły. Wątek ten rozwija się dosyć niewinnie, powoli i co więcej, na początku wcale nie jest aż tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Nawet wtedy, kiedy w mojej głowie pojawiła się myśl, że to może się zdarzyć, nie byłam do końca pewna, czy faktycznie tak będzie. Bowiem relacja dwójki bohaterów początkowo opiera się na wrogim nastawieniu i sarkastycznych docinkach, dzięki którym na pewno nie raz się uśmiechniecie.

Mimo, iż w Czasie żniw można znaleźć pewne niedociągnięcia, to myślę, że mogę uznać tę powieść za jedną z lepszych dystopii, jakie miałam okazję przeczytać. Jest to dopiero pierwsza część siedmiotomowej serii, a Samantha Shannon już teraz postawiła sobie bardzo wysoką poprzeczkę. W niektórych momentach aż trudno uwierzyć, że tak młoda pisarka, może pochwalić się tak dopracowanym warsztatem pisarskim. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach autorka w pełni pokaże na co ją stać, bo ta seria ma naprawdę duży potencjał. Jeśli tylko czujecie, że ta historia wpasuje się w Wasz gust czytelniczy, to z całego serca polecam Wam sięgnąć po Czas żniw.

ocena:
8/10 

autor: Samantha Shannon
tytuł: Czas żniw
cykl: Czas żniw (tom 1)
ilość stron: 520 
wydawnictwo: Sine Qua Non

Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam Young Adult